Ten serwis używa cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie.
Pamietaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia w swojej przeglądarce. X

Nagroda Alchemika

Zwycięzca

Michał Woroch

fot. Piotr Wręga

Michał Woroch

Szukaliśmy Alchemika, człowieka, który miał odwagę sięgnąć po swoje marzenia. Znaleźliśmy kogoś, kto udowadnia, że nie warto odkładać marzeń na odległe potem i że ograniczenia są po to, żeby je przełamywać. Za konsekwencję i wybór trudniejszej drogi. Za to, że jest dla innych inspiracją.

„Wprawdzie nie miał grosza przy duszy…”

 

Samochód z windą

- Jak ładna pogoda jest, to się siedzi na tarasie przed domem i się projektuje: na boku auta będzie siedzenie pod prysznic, woda podgrzana w układzie chłodzenia będzie leciała ze zbiornika na dachu. Jedna winda (podnośnik od ciężarówki), będzie ruszała z kładki na dole, druga, mojego pomysłu, wyjedzie na dach. Tam będzie namiot, no i przede wszystkim taras. Żeby oglądać widoki i robić zdjęcia. 

Dziś pada deszcz, więc Michał patrzy przez okno: na środku podwórza, na tle młyna z rudej cegły stoi zielony defender. W głębi mostek, pod nim rzeczka, a raczej odnoga Tążyny, która ze wszystkich stron opływa maleńką wyspę i wpada do Wisły. Któregoś dnia piękny dwudziestoletni gruchot ruszy stąd w drogę do Ameryki Południowej.

- Jeszcze tylko trzeba parę rzeczy zrobić: wymienić układ zawieszenia, przystosować na ręce gaz i hamulec, przerobić sprzęgło na hydrauliczne, żeby uruchamiało się z guzika, a nie ze stopy…

Bo stopy są najsłabszym punktem tej wyprawy. Mówiąc brutalnie – stóp nie ma. Nóg w ogóle nie ma. To znaczy są, ale do niczego. Dlatego też najlepszy będzie wóz terenowy, bo nie wiadomo, kto by go miał wyciągać, gdyby się zakopał gdzieś w Amazonii… Jak w czasie poprzedniej podróży zachciało mu się podjechać bliżej morza, ugrzązł w piachu na długo. A to była Europa.

- Wszyscy mi mówią, że jest stary, głośny, niewygodny, ale w ogóle nie chodzi o wygodę. To musi być mocna konstrukcja z nierdzewnej stali, samochód będzie niezniszczalny i łatwy do naprawienia. Będzie domem, środkiem lokomocji, terenowym wózkiem – wszystkim, żebyśmy samodzielnie przejechali całą Amerykę Południową. Trochę będzie kosmicznie wyglądał... – pokazuje na ekranie komputera swoje wizje. Przez osiem miesięcy zarobił jako grafik, świeży absolwent poznańskiej ASP, dwadzieścia siedem tysięcy na samochód. Do półrocznej wyprawy za Atlantyk brakuje jeszcze 65.

W pokoju za kaflowym piecem drzemie jego kumpel, towarzysz ze szpitalnych rehabilitacji, też „kulawy” – taka autoszydera. Razem zrobili przed trzema laty 17 tysięcy kilometrów do Maroka. Teraz planują dwa razy tyle. Też tylko we dwóch.

- Maciek jest silny, a ja jestem mózgiem wyprawy – stwierdza radośnie Michał, całym ciałem wyciskając ząbek czosnku do spaghetti.

Fakt, kiedy Maciek wjeżdża do kuchni, jego wózek tańczy w nagłych zwrotach, przez próg, po podeście na trawę, i dalej do auta, żeby zrobić we wsi zakupy. On w tym reportażu występować nie będzie, ale jest przecież nieodłączną częścią wyprawy.

Spotkałam ich w centrum Warszawy, kiedy po całym dniu krążenia po różnych instytucjach przycupnęli na wegańską kanapkę przy Domu Braci Jabłkowskich. Niby zadowoleni, ale…

- Te krałdfałndingi i fejzbukingi… - zżymał się Maciek, skręcając papierosa. – Brać od kogoś kasę za to tylko, że się chce coś zrobić? Trzeba to zdobyć samemu, tak mi się wydaje. I może jakiś cud się zdarzy, że nie będziemy musieli tego robić w Internecie.

- Ja też bym wolał jechać za swoje. Zarobiłem kasę na samochód i czuję, że doszedłem do granicy moich możliwości. To pragnienie wyjazdu jest tak silne, że chwytam się wszystkiego i chyba pójdę na tę zbiórkę publiczną – tłumaczył się Michał. 

- I tu się różnimy – burczał Maciek, odpychając kółka po chodniku Brackiej. Wózek Michała poprowadziła Iza, która ściągnęła ich do stolicy, żeby opracować strategię crowdfoundingu. To modna ostatnio zbiórka pieniędzy na konkretny, prywatny cel, najczęściej jakiś „zakręcony”, trochę gra, bo jak nie przekonasz internautów do swojego pomysłu, to musisz oddać, co zbierzesz.

- Dlaczego ludzie mają wam  pomagać?

- Bo ta wyprawa to moje marzenie. Są dwa wyjścia: albo prosić i coś zrobić, albo nie robić nic. Więc lepiej prosić.

Ale Maciek łatwo nie zrezygnuje ze swoich fantastycznych planów. Wierzy w cud, w dobrą passę w kartach, a w końcu o trzeciej nad ranem, już w domu, wpada na nowy pomysł.

- Weźmy kredyt w banku. Pojedziemy, po pół roku wrócimy i kasy nie oddamy. Co, posadzą cię? – salwa śmiechu.

On też chwyta się wszystkiego, bo wie, że przyjaciel ma mało czasu. Choroba – zanik mięśni – postępuje, a lekarstwa nie ma.

- To będzie moja ostatnia podróż – mówi Michał cicho, ale jest w tym jakaś stanowczość. Pogodzenie dodało mu nowej energii. Jeśli teraz nie uda się znaleźć sponsorów, to pojedzie do pracy za granicę. W dwa lata zarobi na tę wyprawę, ale boi się, że wtedy nie będzie już miał siły.

Michał jeździ na wózku od dziesięciu lat. Przez ten czas w mongolskich górach wjechał konno na 3600 metrów (nigdy wcześniej tak nie płakał z bólu), przez całą Europę dojechał do Maroka, w Norwegii został freeganinem – wybierał ze śmietników jedzenie „drugiej świeżości”, dotarł na Spitzbergen (spał w samochodzie) i do Indii, gdzie wszyscy sadhu próbowali go uzdrowić. Teraz też ktoś obiecuje, że nad rzeką Ukajali w dorzeczu Amazonki będzie czekał na nich szaman… Ale Michał nie przywiązuje się do tej myśli. W gruncie rzeczy sama droga jest celem.

- Tylko długa podróż daje wgląd w samego siebie i dystans do codziennego życia. Podróżujesz, żeby wrócić i zacząć żyć inaczej, lepiej.

Więc musi wyruszyć do Ameryki, choćby nie wiem co.

- A po co?

- Dobre pytanie… Wszyscy mnie pytają, po co się tak męczyć. Myślę, że jak sobie postawisz zadanie, żeby osiągnąć jakiś cel idąc trudną drogą, to łatwiej się potem żyje w normalnym świecie, takim codziennym. I mam nadzieję, że kiedy ktoś zobaczy nasz wielki trud, to go zarazi do podjęcia swojego. Każdy ma swój trud. A wielka droga zaczyna się od małego kroku. Jak ktoś nigdy nie wyjeżdżał do dużego miasta, to niech zacznie od wyjazdu do dużego miasta, a nie zaraz na inny kontynent.

Jego pierwszym krokiem był wyjazd z domu w Janowcu Wielkopolskim do Poznania.

 - Początkowo jak usiadłem, nie robiłem nic. Przez półtora roku nie wychodziłem. Chciałem ze sobą skończyć.

Aż któregoś dnia wyjechał, za dziewczyną.

- Co te dziewczyny we mnie widzą?!

Wiadomo, co on widzi w nich: radość życia. Energię. Chemię. Ale o tym nic więcej nie powie, cicho sza.

Od rana pakuje się w drogę: pojedzie na zlot landroverowców. Da się wnieść do auta „na pannę” – Hans, kumpel, który specjalnie przyjeżdża z Poznania, weźmie go na ręce, a dziewczyna Hansa siądzie za kierownicą. Zrobi 500 kilometrów do Drawska i z powrotem, będzie spać na tylnym siedzeniu, jechać jako pilot na rajdzie, nauczy się naprawiać krzyżak przy tylnym wale i zdobędzie serca wariatów na punkcie land roverów. Wróci ubłoconym autem, szczęśliwy i zmęczony.

- Siabadaba!

Nazajutrz wyruszy do pracy.

Po drodze zahaczy o mamę. Katarzyna pracuje w wiejskim Domu Pomocy Społecznej, prowadzi terapię zajęciową. Michał od dziecka przychodził do niej do pracy, pensjonariusze wychodzą na powitanie, na stole pojawiają się placki ziemniaczane z cukrem. Stary znajomy, pan Tadeusz, który od lat siedzi tu z przyzwyczajenia, zazdrości Michałowi, że ma zapewnione miękkie lądowanie. A jemu ani się śni miękko lądować i z ogniem w oczach kusi emeryta do ucieczki na wolność.

Kasia kręci głową i na pożegnanie długo całuje syna, obejmując go za szyję. Prosi, żeby zwolnił tempo. Żeby choć trochę się mniej męczył.

- Mamo, nie jestem zmęczony i jestem szczęśliwy.

Jeszcze zahaczy o dom rodzinny po urzędową korespondencję: musi się tłumaczyć, że trzydziestoletni człowiek z jego przypadłością wcale nie musi być przykuty do adresu, domu i łóżka.

Łapie coś do jedzenia z lodówki i czyste koszule. Jego pokój ciągle na niego czeka, na piętro wjeżdża luksusowa winda.

Matka była u niego na wyspie tylko raz. Chwaliła, że pięknie, że dobra zupa i sushi, ale potem siostra mówiła Michałowi co innego – że żal jej serce ściska na widok warunków życia w chacie po młynarzu i że powinien wrócić do domu. Magda układała chłopakom w kuchni kafelki, ale ją przegonili, bo nie przestawała sprzątać. Teraz wiezie mu z Poznania uprane ciuchy (na wyspie nie ma pralki), więc spotykają się w Wągrowcu na parkingu, żeby wymienić się torbami.

Wieczorem, samochodem z windą własnego pomysłu, dociera do Miasteczka nad Notecią. Będzie fotografował warsztaty filmowe, jakie już przed rokiem wymyślili z przyjaciółmi: ekipa młodych dokumentalistów płynie barką, zatrzymując się w portach, żeby pokazywać miejscowym, jak robić kino.

W tym roku barka okazała się małym (za małym) jachtem, więc Michnik – tak go tu dzieciaki nazywają - ląduje na noc w ruinie niedokończonej przystani, na wysłużonej kanapie. Jest jeszcze przepełniona sławojka i woda z butelki. Póki starczy prądu w bateriach, będzie obrabiał zdjęcia w laptopie, a za parę dni popłyną do następnego portu. Znaczy oni popłyną, a on będzie gonił ich wzdłuż rzeki. Póki sił.

O nagrodzie

W 20. rocznicę polskiego wydania Alchemika Paula Coelho wydawnictwo Drzewo Babel ufundowało nagrodę w wysokości 20 000 zł dla człowieka, który miał odwagę sięgnąć po swoje marzenia.

Kogoś, kto postawił wszystko na jedną kartę, wyszedł z rutynowych, wygodnych kolein, żeby realizować siebie. Dla śmiałka, który wyruszył na poszukiwanie skarbu, który drzemie w nim samym. Jak Santiago z przypowieści Paula Coelho.

O Alchemiku w skrócie:

  • • rozszedł się w nakładzie 65 milionów egzemplarzy na całym świecie, w tym w Polsce w ponad 800 tysiącach egzemplarzy,a przeczytało go 2,5 miliona polskich czytelników
  • • w Stanach Zjednoczonych pozostaje na liście bestsellerów „The New York Timesa” dłużej niż jakikolwiek inny tytuł: 7 lat
  • • przetłumaczony na 80 języków; najczęściej tłumaczone dzieło żyjącego pisarza
  • • stał się lekturą szkolną w Brazylii, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Stanach Zjednoczonych, Polsce, na Tajwanie i we Włoszech
  • • na całym świecie na kanwie Alchemika powstały liczne adaptacje teatralne, musicale, przedstawienia kukiełkowe, opery i piosenki

Powiedzieli o nim m.in.:

  • „Paulo Coelho zna tajemnicę literackiej alchemii”
    / laureat nagrody Nobla – Kenzaburö Öe
  • „To piękna książka o magii, marzeniach i skarbach, których szukamy wszędzie, a znajdujemy na progu naszego domu”
    / piosenkarka Madonna
  • Alchemik zmienił całe moje życie.”
    / wokalista i raper Pharrell Williams
  • „Żyjemy w czasach, kiedy wszyscy kłamią, a Alchemik zaspokaja naszą potrzebę prawdy”
    / reżyser Claude Lelouch
  • „Szukałam swojej drogi i ją znalazłam. Ta książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że wybrałam dobrze.”
    / piosenkarka Justyna Steczkowska
  • „Przyznaję: jest w nim magia, potwierdzona przez zaczarowanych nią ludzi na wszystkich kontynentach”
    / poeta i prozaik Tomasz Jastrun
  • „To przypowieść poszukiwana przez poszukujących”
    / psychoterapeuta Wojciech Eichelberger

fot. Adam Kłosiński

Krystyna Janda - przewodnicząca Jury

Jest matką trójki dzieci, ale czy ktoś widział ją z brzuchem? Zawsze musiała być piękna i młoda. Jej prestiżowa branża, kultura, niedawno jeszcze pieszczocha władz i narodu, stanęła na sprzedaż obok wszystkich innych towarów.
Więc i ona podeszła do kultury jak do biznesu. Zastawiła dom rodzinny, kupiła podupadłą scenę i zbudowała teatr. Potem drugi.
Aktor zazwyczaj wciela się w cudzą postać i jej życie. Ona odwróciła porządek: Kobieta z Marmuru wyszła z ekranu i gra swoim życiem: jest budowlańcem, buchalterem, dyrektorką, menadżerem, reżyserem, by pod koniec dnia wrócić na deski i być znów aktorką. Tyle że u siebie.
Zrobiła, co chciała, jest szczęśliwa i ma odwagę o tym mówić.

fot. z archiwum Drzewa Babel

Basia Stępień

Żyła w Paryżu, jechała na dachu pociągu przez Ekwador, spała w mongolskiej jurcie... Zobaczyła, że są rzeczy, o których nie miała pojęcia.
Potem przeczytała Alchemika. To była jej książka. Wtedy spotkała Paula Coelho, który dał jej do niej prawa, pod warunkiem, że sama ją przetłumaczy. Wierzy, że w życiu nie ma przypadków.
Choć nigdy tego nie robiła, wzięła się za tłumaczenie, za redakcję, za druk... Sama przez kilka lat robiła to, co w prawdziwych wydawnictwach robi cały sztab marketingu.
Po dwudziestu latach okazało się, że sprzedała tysiące egzemplarzy, wydała wiele innych tytułów, a poszukiwanie i wydawanie nowych książek nieodmiennie sprawia jej wielką radość.
W końcu zechciała sprawdzić, ilu ludzi, jak ona, poszło śladem Alchemika z tamtej bajki. Stąd ten konkurs.

fot. Bernard Branecki

Łukasz Jakóbiak

Chłopak z Radomia chciał występować w telewizji. Zawsze marzył, by pokazać się u boku gwiazd. Po pół roku starania się o rolę statysty blisko Stevena Seagala, powiedział do niego w filmie... jedno słowo. Porażek było więcej niż sukcesów. Dla wspólnej słitfoci padł na kolana przed Billem Clintonem, a żeby spotkać się z Lady Gagą zastosował szereg wymyślnych forteli... Żadna telewizja w Polsce go nie chciała, choć do podania o pracę załączał CV w formie billboardu na płocie. W końcu na 20 metrach kwadratowych w warszawskim blokowisku postawił na statywie komórkę, zaprosił pierwszego gościa i wpuścił wywiad do Internetu. Po trzech latach ma ponad 200 tysięcy fanów na fanpage’u i 230 tysięcy subskrybentów na YouTube. Przez jego kawalerkę przewinęły się największe polskie sławy. Teraz uczy się angielskiego, żeby sięgnąć po artystów świata. Wygłasza wykłady motywacyjne, odkrywa talenty, inspiruje. Jego motto to: „Nie ma rzeczy niemożliwych”.

fot. Tomek Mackiewicz

Tomek Mackiewicz

„Uwolniłem się od szczytu. Szczyt nie jest już dla mnie priorytetem… Parę rzeczy pozmieniałem w swojej głowie. Cieszę się życiem!”.
Tak mówił przez telefon 20 stycznia tego roku, kiedy obudził się w namiocie gdzieś na dachu świata, ze złamanym żebrem i odmrożonymi palcami, bez pieniędzy na powrót, ale szczęśliwy: poprzedniej nocy zarwał się pod nim most śnieżny, a on spadł w czterdziestometrową lodową szczelinę. Przeżył.
Wdrapał się na Himalaje z najniższego dołka – były narkoman, bez pieniędzy, bez sprzętu i bez przygotowania.

Jury wybierze laureata
spośród trzech
finalistów wybranych
przez internautów

Nagroda

Jak Maria Wiernikowska szukała Alchemika

Dostałam zlecenie na Alchemika. Znaleźć i trafić. Przyjacielska przysługa.

Pierwszy raz miałam Alchemika w ręku dobre 20 lat temu. Basia przyniosła mi parę stron do przetłumaczenia. Jakaś bajka o pastuszku, co wyruszył w drogę, bo coś mu kazało iść za głosem przeznaczenia. Nie moja bajka. Ale Basia się uparła, wydrukowała i rok później jechałam na wakacje ze świeżo wydaną książką. Na plaży synek, lat 10, wlazł mi pod pachę i przeczytał ją szybciej niż ja, więc ja już nie musiałam. Teraz jednak przeczytać wypadało, skoro jest robota.

Wzięłam nowy egzemplarz w twardych okładkach, flamaster do zaznaczania, bo pojawiły się słowa, które chciałam zapamiętać, w końcu notes. Zaczęłam wypisywać zdania – klucze, jeszcze bez konkretnego celu, ale znaczące, jak urywki szyfru. 

Maria Wiernikowska

fot. z archiwum Drzewa Babel

Kiedy idę, to idę.
.… zatrzepotała ćma … uważać na znaki…
Wystarczy przyjrzeć się zwykłemu ziarenku piasku.
… wyczyścić zakurzone kryształy.
…nie zapomnieć o dwóch kroplach oleju.
Spróbuj – powiedział. - Zawsze możesz wrócić.
Zapamiętaj dokładnie miejsce, w którym zapłaczesz.
Istniało coś, o czym jeszcze nie wiedział.

Mam jakiś trop: to będą tytuły albo wizytówki, które muszę dopasować do Alchemika. Żeby wyłowić go z tłumu.

Dziś wszystko, od pieczenia ciast po seks, a co dopiero dziennikarstwo, uprawia się w sieci, więc ślę mesydż do moich znajomych, kolegów po fachu:

- Szukam bohaterów do jednego konkursu: takich, co nagle rzucili wszystko i poszli w inną stronę, realizować własny plan na życie. Znasz jakiegoś Alchemika?

Pierwsza wiadomość z samego rana od Michała C., pisarza, który wstaje o świcie:

- Pamiętam z polskiego internetu kilka artykułów pod hasłem „rzucili pracę w korporacji i pojechali gdzieś tam albo zaczęli robić sery". Wrzuciłem do google'a frazę „rzucili pracę w korporacji" i wyszły 182 tysiące wyników.

Ups, znaczy temat zgrany. Fatalnie.

Magda G., dziennikarka znad morza, ciągle w pociągu:

Pomyślę, ale raczej nie znam. Same drobnomieszczaństwo wokół J

Kasia S.-D., wywiady telewizyjne:

Mary, myślę intensywnie, ale na razie nikt mi nie przychodzi do głowy. Dam znać ewent.

Iza M., kolekcjonerka bohaterów nieszczęsnych:

- Ale do konkursu gdzie: w tv?

- Nie, wydawnictwo szuka żywego polskiego Alchemika.

- Ale co on miałby robić?

- No żyć, być. Inspirować ludzkość.

- Kurcze, ja nikogo takiego nie znam L

Moje koleżanki to stare wygi, które nasłuchały się setek, tysięcy opowieści. Nas już nie tak łatwo nabrać na te kuchenne rewolucje.

- Tak, nas to już nie kręci, bo ta zmiana to historia z tezą. Braliśmy to w latach 90. - tłumaczy Lidka O., reporter doświadczony. Wtedy fascynowali nas ludzie, którzy uciekali w wolność prywatną przed opresyjnym państwem. To jakże tu teraz pisać o wyzwalaniu się z wolności, o którą walczyliśmy? I w ogóle pozytywny bohater, który znalazł skarb…

A jednak młodym dziennikarkom się chce. To one zasilają Internet w te dziesiątki tysięcy historii „o tych, co rzucili wszystko”. Piszą, bo ludzie to właśnie chcą czytać: prawdziwe historie o marzycielach.

Bogusia M., mama Mani, pies Bryś:

- Moja koleżanka Marta - pracowała w dziale PR w radiu, rzuciła to i ma własną firmę bagabaga - pomaga dzieciom, staruszkom i ekologom szyjąc worki ze starych portek.

Freaki co wymyślili triki, jak oddzielić białko od żółtka przy pomocy butelki, czyli handimania – polski kanał na youtube, znany na całym świecie.

Anita Cz., zakochana w pracy, niebie i ziemi:

- Na przykład mój były szef, który po trzydziestu latach pracy został rolnikiem. Albo taka historia: rzucił wszystko i zbudował stadninę dla koni przeznaczonych na rzeź.
Naczelnym przykładem może być Kluska - rzucił wszystko, hoduje owce i robi sery :) Voilà madame:) Lecę na wywiad :)

Kasia B., mistrzyni wywiadów:

- Szkoda, że sama nie mogę się zgłosić, ale nie mogę wymyślić, jak tu zmienić życie.

- Nie namawiam, nagroda jest jedna, to może coś dla siebie wymyślę

- No właśnie, to najlepszy pomysł ;)

- Ale gdyby Ci wpadł jakiś drugiej lepszości, to podrzuć

- Jasne, mówię, że pomyślę. Problem polega na tym, że ci, co wymyślili i zrealizowali swoje marzenie to na pewno żyją gdzieś w ukryciu albo daleko i nie dają znać o sobie

- No chyba, że ktoś marzył, żeby być na świeczniku                                                                   

*

Jak ten chłopak, który ma być w jury. Czego on nie zrobił, żeby stanąć na chwilę obok celebrytów! I stanął. Mało tego: teraz oni marzą, żeby zrobić sobie z nim słitfocię. Parada gwiazd sunie przez jego kawalerkę na dwudziestu kwadratowych metrach. I on jest szczęśliwy, i oni.

To jest zresztą nie mniej szalone, niż wspinanie się osiem kilometrów pod górkę, po ścianie, bez powietrza, jak ten drugi juror. Najlepiej na skróty, taką drogą, jaką inni nie szli.                                                           

*

Adelę „przyniósł” Jaś. Od niej cały pomysł się zaczął. Pięć lat temu wyruszyła na rowerze z chłopakiem w świat. Przejechała całą Afrykę, przeskoczyła jakoś do Ameryki Południowej, a teraz minęła już Los Angeles i jedzie na Alaskę. Pisze bloga, wiesza swoje coraz piękniejsze zdjęcia. Ma stado fanów. Jak jej ktoś postawi kawę, a dokładnie dwie, czyli przeleje na jej konto 25 baksów, to mu wyśle kartkę pocztową z tego miejsca, gdzie akurat jest. Są fani, fantazja i fun.
Zahaczam ją na FB, pytam dokąd tak gna i po co. Zbywa mnie okrągłymi zdaniami: że to podróż w głąb siebie, że chce wsłuchać się w śpiew ptaków, w szum wiatru w łanach zbóż… i takie tam. Nie daję za wygraną, drążę, chcę usłyszeć coś więcej. Podziwiałam ją za walkę z bandytami i policją, jaką prowadziła w Nikaragui. Ze swadą pojechała na fejzbuku po ludziach, którzy entuzjastycznie witali amerykańskie czołgi przejeżdżające przez Lublin. Co ją ta Polska obchodzi? I świat w ogóle? - próbuję dociekać, ale ona uparcie – że ten śpiew ptaków i szum wiatru…
Przestraszyłam się, że zlecenia nie wykonam, bo zamiast zachwycać się marzycielami, będę ich z rowerów ściągać.

*

Olę zapamiętałam tak: jak jej mama stawała na czerwonym świetle, wioząc dziewczynki z przedszkola, to ona – musiała mieć ze dwa lata – gramoliła się matce na kolana i przysysała do cyca. Niepostrzeżenie Ola zrobiła maturę i, zamiast robić karierę w oparciu o znaną rodzinę, prysnęła do Izraela. Tam znalazła pracę w barze, nauczyła się języków i zakochała w Palestyńczyku. Została pacyfistką. Kiedy nagle dostała wezwanie do wojska, odpowiedziała „nie” i kazała zamknąć się do więzienia. Sprawy potoczyły się jednak jakoś inaczej, bo wiem, że niedawno była w Polsce na nartach.

Kapituła Nagrody A. zapiała z zachwytu. Napisałam do Oli. Ale Ola się nie odezwała. Podobno nie zagląda do fejsbuka. Przekażcie jej, proszę, że szukamy.                                                                       

*

Mam jeszcze jednego czarnego konia, który nie chce słyszeć o nagrodzie. „Za nasze poglądy nie dają nagród” – cytuje „Obywatela” warszawski działacz kolejowy, redaktor naczelny własnego pisma „Z biegiem szyn”. Z wykształcenia socjolog, z zawodu listonosz przyznaje, że przeszedł przemianę, lecz na gorsze: jest mianowicie człowiekiem zrezygnowanym. Zrozumiał bowiem, że nie zmieni świata i pogodził się z tym. Przestał się spierać, atakować, bronić swoich racji, bo tak jest wygodniej. Dorosłość to naturalna kolej rzeczy (zostało mu jeszcze jakieś 37 lat do emerytury). Praca na poczcie to efekt poszukiwań takiego miejsca, które nie będzie mu przesłaniać reszty świata. Zresztą już jako przedszkolak przebrał się na bal za listonosza. „Każdy się zmienia na coraz gorsze z biegiem czasu, żeby nie powiedzieć z biegiem szyn”. Jeśli ktoś go namówi na startowanie w konkursie, głosuję na niego.                                                                     

*

Rzutem na taśmę rozsyłam mój apel do nie-dziennikarzy… i tu nagle popłynęło.

Partner z milongi:

- Tu krótka lista instruktorów, co się przesiedli w tango z solidnych zawodów: Kuba... Luiza… Beata…

Może mój sąsiad rolnik, co życie zmienił jak mało kto, ale czy dobremu człowiekowi można grozić mediami? Muszę się pakować, bo rano do Rygi lecę milongować trzy doby. Cześć

Grek, inżynier- gitarzysta:

- Napisz coś więcej, jak to sobie wymyśliłaś i może wtedy sam stanę się tym bohaterem (ha, ha)

- Czytałeś Alchemika?

- Słuchaj no (on jest spod Krakowa), mam takich ludzi , przecież większość tych Greków, którzy mieszkali kiedyś w PRL-u, wyjechała szukając czegoś zupełnie nowego i nieznanego. Nie wiem, czy odnaleźli w sobie to czego szukali, jak w Alchemiku, a być może wciąż błądzą.

Buddysta spod Lubartowa:

- To chyba wszyscy z naszej ,,społeczności" , czy chcesz do kogoś kontakt ?

Mistrzyni śpiewu białego:

- Ja za rok J J

- Gdybyś się pośpieszyła, to jest kasa do zarobienia

- Kurczę, ja całkiem serio myślę ostatnio, że robię nie to, co mi w duszy najsilniej gra, ale jeszcze formalnie nic nie zmieniłam J, szkoda, kasa by się przydała.

Ex-reporter śledczy (Wielkopolska):

- Przyznam, że i mnie od jakiegoś czasu kusi taka perspektywa - pieszo w Himalaje (po ostatnim pikowaniu samolotu w dół podczas grudniowego powrotu z Nepalu wolałabym chyba na własnych nogach tam pójść) koniecznie przez Mongolię, ha

- No ale w twoim przypadku to żaden zwrot, przecież ty już od lat świrujesz

- No właśnie - świr totalny. Ciągle świruję. Co robię? bankrutuję, sprzedaję dom. Potem pracuję, pracuję, pracuję i wracam do tego domu, uczę się nowych profesji, zakładam nową spółkę (choć przez poprzednią zbankrutowałam), wróciłam do wspinaczki skalnej i oczywiście planuję kolejną himalajską wyprawę - tym razem chyba taką do odpadnięcia, bo pewnie zabraknie mi umiejętności, ale co tam, czego się nie robi, by zaistnieć na pasku wiadomości TVN24 - żart oczywiście.

Wanda L., szczęśliwie szurnięta z telewizji:

- Maryna Bersz porzuciła Warszawę, zostawiła dzieci pod opieką ojca i ze swoim nowym mężem Anglikiem (niestety już nie żyje), wyjechali na Dolny Śląsk na wieś. Takich jest b. dużo na Warmii. Romanowski, Guła (dawniej CDK), Ola Pietraszewska z GW, brat Janusza Weissa hodował owce. Ale chodzi pewnie o inne zwroty życiowe. Witek Górecki porzucił opozycję i rzucił się w ule, pasiekę znaczy.

Modzelewski rzucił Wrocław dla Warszawy. Laickość porzucił Gebert i Krajewski dla ortodoksji. Sutanny zrzucili Bartoś i Obirek dla laickości i kobiet. Obirek zabrał kobietę Sobelmanowi. Walendziak rzucił politykę dla biznesu, swoją drogą ciekawe dlaczego… Romek Gren porzucił dostatnie życie i został opiekunem w umieralni - opisał to chyba w książce. Tołstoj - raz: oddał ziemię chłopom, dwa: uciekł z Jasnej Polany J Ojciec mojej koleżanki zrobił to samo, ale już nie żyje: profesor fizyk porzucił rodzinę, dosłownie uciekł z podmoskiewskiej daczy i sanatorium do kochanki. W wieku ok 90 lat. Rabin Warszawy Schudrich rzucił żonę dla nowej, to chyba się nie mieści w ramach ortodoksji, więc musiał przenieść się do mniej wymagających.

- No z tym rabinem to ci się udało! Co drugi facet chyba jest takim rewolucjonistą! Wandziu, jesteś wielka! Najchętniej wzięłabym Tołstoja albo tego dziadka z Moskwy, ale szukamy kogoś żywego.

Rosjanka w Polsce:

- Mam taką znajomą, co wyszła z korporacji i walczy z nimi, napisała książkę, co nawet przeżyła drugie wydanie... Mam znajomego, co był menagerem w jakimś dużym sklepie, a teraz jest świetnym krawcem J .

I ma swój sklep i swoje kolekcje i nie wiem co jeszcze... Czy coś takiego?

- TAK! tylko szukamy osób raczej nieznanych, czy ten krawiec to gwiazda?

- Ha, no właśnie, trochę jest, ma sklep gdzieś na Mokotowie....

- A, to gorzej, bo chcemy kogoś odkryć nieodkrytego

- A i mam jedną dziewczynę, co była u nas w agencji sekretarką, a teraz ma swoją firmę i szyje dzieciom ubranka, które mówią o prawie dziecka...

- Jesteś skarbnicą!

- Ha ha ha nie, po prostu mam pewną pulę wariatów

- Wariaci są dobrzy, byle konstruktywni

- A no i mam laskę, która wychowała 3kę dzieci jest proofreaderem świetnym w agencji ale teraz poszła na kurs i strzela foty, bo ją kręci fotografia reporterska

- Kurczaki! co to jest prufrider?

- PrOOfreader - to taki ktoś, co sprawdza poprawność tekstów! Jest MEGA! Bez jej podpisu nigdy nie wypuszczałam tekstów! A, jest jeszcze jedna: była Accountem w agencji a teraz ma szkołę językową.

- Account? co to ?

- Account- to ktoś, kto odpowiada za kontrakty i kontakty z agencjami. O! Mam! Laska, kt. była też coś jak manager w jakiś takich magazynach ART&Buisness, teraz strzyże psy.

O, mam kolesi – parka - też z naszej agencji, którzy teraz prowadzą hostel i nieźle im idzie, a jeden z nich to jeszcze gra w teatrze

- Dżizas

- Nu jeszcze mam dziewczynek co stworzyły KUKBUKA

- ?

- No takie mega znane teraz pismo o kuchni! O, mam laskę, kt. pracowała w agencji jako grafik, a teraz karmi bezdomnych

- Człowieku!

- Mam laskę, która rzuciła wszystko i pływa dookoła ziemi cały czas...

- To jak ja ją spotkam? ten hostel, psy i bezdomni mnie kręcą. Ale już mi dziś nic więcej nie wejdzie.

- Mam dwie świetne i mądre laski, które stworzyły swoją agencję strategii. Chyba lubię takich pokręconych J

Bezrobotny intelektualista ze Śląska:

- Ten pozytywny bohater - to musi pozytywny być? J

- Ja bym wołała, żeby był prawdziwy

- Może być inny, niepozytywny jak na bohatera?

- Złożeńszy.

- Znam kilku dla mnie bohaterów - niekoniecznie pozytywnie odbieranych przez innych...

- Nie, ma być postacią, która inspiruje. Czyli może być pokurcz, który dostał skrzydeł

- Może ten gość u mnie, który gra na akordeonie w tunelu - i za każdy wrzucony grosz wybija paragon fiskalny?

- Znasz go?! Co on teraz robi?

- Wciąż gra, swój pomysł na uczciwe zarabianie realizuje. Tylko wiesz - kogo to dzisiaj...

- Mnie

- Ale to co - normalni ludzie, nawet ci, którzy potrafią przyklasnąć, w duchu pewnie mimo wszystko, tak wiesz, całkiem po cichutku, aby nikt nie słyszał - nazwą go durniem, niestety....

- Ale nie my, bo on pracuje na naszą emeryturę (przyszłą ewentualną). Powiedz mi o nim coś jeszcze, to jest bohater.

- Władysław Tomczyk. Gra na ul. Św. Jana. zawsze stał obok kina Rialto, z tego co pamiętam... mam sprawdzić? zagadać? serio?

- Zaraz, jest o nim, czytam… Słuchaj, on jest mój faworyt. Bo to nie jest portret wariata, tylko portret naszego kraju. Biorę.

Gość, który traktuje swoją sztukę jako solidny interes spodobałby się Królowej Jury. Ona też wyłożyła swoją kasę na teatr i nie krępuje się publicznie mówić, ile musi zarobić (milion miesięcznie). Oboje głoszą, że artysta nie potrzebuje jałmużny, lecz uczciwie zarobionych i dobrze zainwestowanych pieniędzy. Oboje stworzyli sobie miejsce pracy, własnymi rękami. Z satysfakcją mówią o tak zdobytej wolności.

Krystyna Janda, Władysław Tomczyk, Adela Tarkowska, Karol Trammer, Wanda Lacrampe, Łukasz Jakóbiak, Basia Stępień, Jorgos Motsios, Katarzyna Warszta, Tomek Mackiewicz, Ola Bikont, Monika Mamińska, Jaś Dybczyński, Ksenia Kononienko…

Każdy jest trochę Alchemikiem. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności spotykają się na chwilę pod Drzewem Babel, by opowiedzieć swoją historię albo wysłuchać innych i pójść dalej. Przyjdą następni, dorzucą swoją i zobaczymy, która spodoba nam się najbardziej. Ale konkurs to tylko pretekst do spotkań i opowieści, od których jeszcze bardziej chce się iść swoją drogą.

Czasem zabrzmi jedno z tych prostych zdań: „Powiedział mi – spróbuj”… albo „Kiedy idę, to idę”… Czasem sam opowiadasz, a czasem tylko słuchasz, bo nagle odkrywasz, że ktoś opowiada Twoją historię, ktoś pedałuje za ciebie, wchodzi pod górkę, na którą Ty też chciałbyś wejść któregoś dnia. Ktoś otwiera zamknięte dotąd drzwi.

Jak ten chłopak, na którego natknęłam się właśnie, szukając na zlecenie Alchemika… Ale to już będzie następny rozdział. Mój prywatny tytuł: „Zawsze możesz wrócić”.

Bogusława Schubert

www.cytrynowekrolowe.com

Bogusława Schubert

Zeszła ze sceny i stanęła na straganie.

Musi istnieć jakiś język, który obywa się bez słów.

CYTRYNOWA KRÓLOWA

– Stąpałam po czerwonym dywanie w Wenecji, a teraz patrz: stoję na straganie. Ale nikt nie wyrzuci mnie z pracy! Zawsze tak było: wielkie role z wielkimi reżyserami, a kiedy indziej nic.

Bogusława Schubert, zwana dalej Bogusią, dawniej aktorka, obecnie królowa, jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. A może nawet jej następna rola będzie milcząca.

– Całą noc myślałam nad pani prośbą i… nic – mówi na dzień dobry, kiedy spotykamy się po raz pierwszy. Poprosiłam przez telefon, żeby przygotowała kawałek jakiegoś tekstu, który mówiła na scenie.

– Zapomniałam wszystko. Wytarłam. Biała kartka. Za dużo już tych słów było. Fajnie jest nic nie mówić, albo mówić malutko.

Jak lekarz w „Rewizorze” – w paryskiej inscenizacji pojawia się bez słowa nawet wtedy, gdy Gogol już o nim zapomniał. Albo Klitajmestra w operze według pomysłu Warlikowskiego.

Zapadły jej w pamięć role nieme albo te, gdy zwracała się nie do widowni tak w ogóle, lecz do pojedynczego człowieka.

To Vitez nauczył ją mówić widzowi prosto w oczy. Legendarny francuski reżyser obsadził ją w „Grobie dla 500 tysięcy żołnierzy”. Książka Pierre’a Guyotat o francuskiej wojnie w Algierii była w latach 60-tych zakazana, a jeszcze w 81., gdy grali ją w Teatrze Narodowym Chaillot, narodowe tabu było wciąż tak drażliwe, że między aktorami a pierwszym rzędem stali antyterroryści. Drewniany pomost, wychodzący daleko w głąb widowni, kończył się stromymi schodkami, wiodącymi pod podłogę – na wypadek, gdyby w sali wybuchła bójka i aktorzy musieli się nagle ewakuować.

Francuski teatr nie był grzeczny i za to go kochała. „Na pewno spała z Vitezem” – kiwały głowami ze zrozumieniem polskie koleżanki. Bo nagle Schubert po 17 latach wróciła do kraju.

Kiedy później na castingach opowiadała o swoich rolach we Francji, czuła po minach, jakby jej mówili:

Phi, to wracaj do tego swojego Teatru Chaillot, do swojej Małgorzaty w „Fauście”!

A myślała, że tu jest jej miejsce, choć ze Szkoły Teatralnej na Miodowej wyleciała po roku z diagnozą: „brak zdolności aktorskich”. Ale to było dawno temu. Przyjął ją potem do Teatru Żydowskiego Szymon Szurmiej i wkrótce jako jedyna gojka grała w jidysz. Na egzamin wstępny do paryskiego Conservatoire d’Art Dramatique też wykuła kilka tekstów jak pacierz, a na pytania skonsternowanej komisji odpowiadała tylko wdzięcznym:

– Pardon? – bo nie rozumiała, co do niej mówią.

Może tym ujęła profesorów, którzy potem głosowali, by mogła zostać na uczelni, choć nie miała francuskich papierów? Może dlatego, gdy dziś ma sobie przypomnieć swoją ulubioną rolę, rzuca bez wahania:

– „J’aime ce pays!”.

To jedno jedyne zdanie, „Kocham ten kraj”, umiał powiedzieć po francusku główny bohater, czarnoskóry uciekinier z Nigerii, aresztowany na lotnisku i zamknięty w ośrodku deportacyjnym. Tam spotka go Bogusia/Janina, sprzątaczka z Polski, tam zatli się miłość między 27-letnim chłopakiem a kobietą dwa razy od niego starszą. Kiedy Benji ucieknie z aresztu, przyjdzie się schronić właśnie u niej.

Gdy układali wspólny język, doszli do słowa „raj”.

Co to jest raj? – zapytał ją.

Raj to jest jak ci płacą ZUS.

– A ty Bogusia masz ZUS? – wtrącam. Śmiech. Od kilku lat mogłaby być już na emeryturze, ale chyba nie przyszło jej to do głowy.

– Jestem poza systemem, tworzę niszę. Cytrynowe Królowe robią niszowe konfitury – tak o nas piszą! I to jest właśnie sposób na niszczenie systemu – kolejne nisze jak w ulu będą wypełniać przestrzeń i system musi się kurczyć.

Sztukę J’aime ce pays w Teatrze du Rond Point przy Polach Elizejskich wystawiła metyska, grało czterech czarnych Afrykańczyków, jeden Marokańczyk, jeden karzeł, jeden Niemiec. I Polka Bogusia, którą znaleźli w Warszawie.

Kiedyś w Polsce też grała z liliputami, przypomina sobie. Ale to nie był teatr o wykluczeniu i dyskryminacji, tylko cyrk dla zabawy. Dokładnie teatro-cyrk objazdowy. Cyganka Aza w „Chacie za wsią” miała żywe zwierzęta, a lilipuci robili za krasnoludki w „Sierotce Marysi”… Potem wszyscy razem zwijali namiot i ruszali dalej w trasę barakowozami.

Po latach Bogusława Schubert wróciła do Polski grać sztuki ważne i aktualne. Przywiózł ją z Paryża Żeńka Priwieziencew, którego już wcześniej polscy księża w kilku miastach nie chcieli wpuścić na scenę z jego „Prostytutkami”. Tym razem postanowił obśmiać młody polski kapitalizm z katolicką pruderią w tle. Ale przecież w tym kraju świętości się nie szarga.

Sztuka „Polak Polakowi Ruskiem” o młodych biznesmenach, którzy otworzyli hurtownię prezerwatyw, nie spodobała się krytykom ani publiczności. Wszyscy się obrazili. Bogusia krótko cieszyła się kreacją Salmonelli, która w przerywnikach, jako żywa reklama podpasek ze skrzydełkami, wkraczała na scenę w płetwach na nogach.

Więc, o paradoksie, aktorka sama rzuciła się w biznes. Wtedy, na początku lat 90-tych, kto żyw robił interesy, więc i ona dała się wkręcić zaradnej siostrze, absolwentce pożądanego za komuny wydziału „handel zagraniczny”. Przygodę tę, która trwa do dziś, można zatytułować najkrócej: „Wielkie bankructwo”.

Próbowały wprowadzić na polski rynek maszynę do produkcji pelletu – ekologicznego groszku do pieców. Ale biznesowi partnerzy zniknęli.

Zaczęły produkować opakowania papierowe do sklepów spożywczych, rozpowszechnione w zachodnich supermarketach. Wystawiały na targach najróżniejsze papierowe zwoje. Nadruki reklamowe robiły we Francji, bo u nas farba spływała, zainwestowały pożyczone pieniądze, ale jako mała firma dały się zjeść rekinom. Dziś w polskich sklepach królują plastikowe woreczki.

www.cytrynowekrolowe.com

Bogusia tymczasem zagrała w filmie Agnieszki Holland, w teatrze u Krystyny Jandy, jakiś „szósty ogonek” w telewizyjnym serialu „Ojciec Mateusz”.

Oddały kredyt za dom, ale dalej pożyczały pod hipotekę. Sprzedały działkę za domem, żeby oddać długi, ale spóźniły się z podatkiem. Aż któregoś dnia zostało im w kieszeni 50 groszy.

Nie grała już w teatrze. Jej ostatni spektakl to „Lament”, wystawiany na Placu Konstytucji obok Teatru Polonia Krystyny Jandy. Szło dobrze aż do dnia, kiedy na stacyjce WKD Brzózki poczuła, że nie powie już ani słowa. Zadzwoniła, przeprosiła i nigdy więcej do teatru nie pojechała.

Grała babcię. Tak jak lubi: prosto w oczy widzom. Dosłownie. Bo nie dzieliła ich scena ani teatralne światła. Stojąc na niziutkim podeście na chodniku wzrokiem szukała oczu przechodniów. Oczy najczęściej uciekały, gdy mówiła, że największa radość w jej życiu to zagrać w totolotka. W zgiełku tramwajów i zaduchu spalin musiała walczyć o widza, który zechciałby wysłuchać lamentu osoby takiej samej jak on: zwykłej, zabieganej, zatroskanej. Stłamszonej. W końcu zorientowała się, że zwykle mówi do kobiet, często tych samych, które zatrzymują się z siatkami o tej samej porze. Zdumione, bo nigdy im do głowy nie przyszło, żeby pójść do teatru.

Tamtego dnia poczuła, że nie ma już siły dźwigać tej nieszczęsnej postaci. Że nie może po raz kolejny opowiadać o jej gównianym życiu i takiej samej śmierci – bo w końcu przychodzi do niej jakiś narkoman, by ją zarżnąć za parę groszy. Odmawia.

– Ile można?! – wybucha Bogusia. – Nie chcę więcej miernoty ani czerni! To nie są moje słowa, ani moje życie, ani moja misja. Ja chcę mówić, jaki człowiek jest… piękny.

Głos starej aktorzycy załamuje się, oczy czerwienieją, tak wzrusza moment, kiedy znajdziesz TO słowo. Ale zaraz wróci ze swadą i autoironią do opowieści o ich wielkiej przygodzie. Na czym to…? Aha, ostatnie 50 groszy.

I wtedy zaczęły się cytryny. „Dwie kobieciny w wieku la-la-la…” („la-la-la” to ulubione słowo Bogusi) wzięły z domu parę słoiczków dżemu własnej roboty, sernik i stanęły na bazarze w Milanówku. Sernik skwaśniał, ale dżem się sprzedał. Zarobiły na następne owoce i cukier. Poczuły się jak królowe. Na allegro kupiły dwie zabawkowe korony i w tych koronach stanęły tydzień później przy swoim straganie ze skrzynek po jarzynach. Potem ruszyły na snobistyczne targi śniadaniowe do Warszawy, i dalej w Polskę, głównie mazowiecką. Rok później o cytrynowym rarytasie i Cytrynowych Królowych pisały gazety. Damy w papierowych koronach stały się specyficzną marką.

– Bo cytryna jest Królową Smaków. Jedna kropla, do czego nie dodasz, robi to „cóś”, żaden inny zapach jej nie podskoczy, zaś ona może inny zapach zjeść – Bogusia improwizuje z lubością. Eksperymentowała, dodawała do cytryny przypraw, cmokała i jak Newtonowi na głowę jabłko, tak na nią spadały nagłe odkrycia.

- Konfitura korzenna to smak dzieciństwa – ciągnie za sobą wspomnienie pasty do podłóg i Matysiaków w radiowej Jedynce.

Anyżowa słodycz – nie mylić z cukrem! – kojarzy się najlepiej z rybą wędzoną, przywiezioną przez rybaków z Mazur.

Tymianek wytrawno-drapieżny, ziołowy jak cała apteka, lubi kolor biały: pierś kurczaka, pieczeń cielęcą, biały ser i lody waniliowe. A jak dodasz do białego wina, wyczarujesz kir royal, nadwiślański.

Imbir uzależnia. Pewna anorektyczka jada cytrynę smażoną z imbirem łyżeczkami.

Jałowiec – wyrafinowana elegancja dżinem przemacerowanego angielskiego dżentelmena…

Wanilia, pieprz i chili to afrodyzjaki. Sprawdzone.

Chili idzie z brownim lub czekoladowym musem, z czekolady czarnej, ma się rozumieć. Rozmaryn do królika i ptactwa, najlepsza gęsina. Także do serów kozich i owczych. Wanilia smakuje klasycznie z rokforem.

Pieprz – skąd w cytrynowej konfiturze wziął się pieprz? No bo pasuje! Z zieloną herbatą, z szarlotką, a z białą czekoladą biały pieprz to odkrycie genialne.

Jak alchemik Bogusia wciąż próbuje wytrącić z cytryny złoto.

Szczerze mówiąc, to się w ogóle nie opłaca. Zdarzało się, że na koniec dnia targowego nie miały na zapłacenie placowego.

– Nie chcemy robić biznesu, chcemy żyć.

www.cytrynowekrolowe.com

Przedtem nazwały się Bloody Sisters Karamazow – okazało się, że w nazwach są najmocniejsze. Przegrały z konkurencją, z bankami i z fiskusem. Teraz Cytrynowe Królowe czekają na komornika. Jeśli uda im się przed licytacją sprzedać dom, to wyjdą na zero, a najlepiej, żeby zostało jeszcze na bilet gdzieś do ciepłych krajów. Bogusia pojedzie na pewno do Toskanii. Może przez Zanzibar…

Kiedy jeszcze miały telewizor, Bogusia widziała piękny film „Australia”. Jedna scena utkwiła jej szczególnie: oszalałe stado krów pędzi ku przepaści. Tu pojawia się stary szaman i staje w milczeniu na jednej nodze na skraju otchłani. Zwierzęta zatrzymują się.

– Ludzie są jak te spanikowane krowy, gnane strachem przed brakiem pieniędzy – mówi Bogusława Schubert. – Najważniejsze to się nie bać. Ja przestałam się bać. Być na ziemi to coś wyjątkowego. Jak się boisz, jak nie masz siły, to umierasz. A umierać nie chce mi się wcale. Sous les paves, la plage!

Pod brukiem jest plażaodkryli paryscy rewolucjoniści w 68. roku. Bogusia wierzy, że nawet na piasku coś wyrasta.

Gdy spotykamy się ostatni raz na degustacji argentyńskich win na wypasionym podwarszawskim ranczo, królowe siedzą z gołymi głowami, bo już nie muszą zakładać koron. Te korony i białe szaty przypominały im, że Kobieta ma nosić głowę wysoko. I stało się.

– Ciężko jest stać przy tych garach, jeszcze ciężej jest sprzedać. Ale we mnie jest lekko. W niej jest lekko (pokazuje na siostrę). Świadomość, że zrobiłaś coś strasznie fajnego. Że ludzie znają Cytrynowe Królowe i kochają te konfitury. Że sobie wędrujesz po świecie jak chcesz, bo konsekwentnie wybrałaś taką drogę. Cytrynowe Królestwo jest poza systemem. Tu dla niego nie ma miejsca. Nie ma też miejsca na „olaboga, co to będzie?! ZUS mi nie da emerytury, nikt mi nic nie da!”. A w nosie z tym! Przecież nie umarłyśmy. Trochę podarte gacie, trochę dziurawe buty? To jest survival. Zabiorą mi dom? To zabiorą. Niepotrzebny mi. Ja jeszcze zatańczę taniec swój.

 

Maria Wiernikowska

Michał Malinowski

Baju, baju, będziesz w raju.

… po prostu dlatego, że lubi to, co robi.

 

Bajki jasne, bajki ciemne

Życiowy zwrot? Jak się żyje prawie 50 lat, to trochę już tych zwrotów było.

Miał być matematykiem – wygrał w podstawówce olimpiadę, po czym poszedł do plastyka. Miał być malarzem, ale został grafikiem komputerowym. Robił filmy animowane,  aż nagle zaczął opowiadać bajki.

Swoje życie opowiada jak bajkę. Bajkę o człowieku, który ma zawsze szczęście, aż trudno uwierzyć. Ale bajanie to jego fach. Kto chce, niech wierzy.

Marzył, żeby zobaczyć impresjonistów na żywo, więc na koniec studiów dostał od mamy uciułane 180 dolarów i poszedł z kwitkiem z banku po francuską wizę – dostał na 12 dni. Ale obok była ambasada Szwajcarii, gdzie na to samo zaświadczenie pozwolili mu wjechać na 18 dni. Kiedy napatrzył się już w Paryżu na Degasa i Toulouse-Lautreca, stanął na wylotówce w stronę Szwajcarii i pierwszym kierowcą, na którego zamachał, był bogaty Polak, który odstąpił mu swój dom w Genewie. Nazajutrz rozłożył nieśmiało sztalugi nad Jeziorem Genewskim. Wtedy podeszła do niego siwa pani i poprosiła o lekcje rysunku. Płaciła mu 250 franków za godzinę (równowartość miesięcznej emerytury jego mamy). Była holenderską milionerką, właścicielką wielkiej galerii, która pokazała mu drogę do szwajcarskiej akademii sztuk pięknych.

Ale wkrótce staruszka umarła, a Michał utrzymywał się pracując jako nocny stróż w ośrodku dla uchodźców. Pewnej nocy sam gasił pożar drewnianej rudery, zanim nadjechała nieśpieszna straż. Wtedy w jednym tylko roku podpalono 60 ośrodków, gdzie gnieździli się uciekinierzy z Trzeciego Świata. On sam nieraz odczuł, że jest tylko „Polaczkiem”. Tak, Szwajcarzy pomagali mu w swoim stylu: nie raz słyszał „Weź, bo ja wyrzucę”…

Kiedy inni studenci siedzieli przed wypasionymi komputerami,  on zasuwał na nocnych zmianach, więc  pracę dyplomową cudem udało mu się oddać w ostatniej chwili. Jego trzyminutowy film rysunkowy pokazuje łebki gwoździ, walone ze straszną mocą przez młot. Ale nagle zaglądamy na drugą stronę i tam okazuje się, że wbijane gwoździe układają się w zgrabnego jeża. Filmem Michała akademia chwaliła się na festiwalu w Monte Carlo.

On tymczasem zarabiał na budowach, w McDonaldzie i na zmywaku. Ale był szczęśliwy, bo spełniał marzenie peerelowskiego dziecka: codziennie kupował sobie cztery czekolady i wszystkie zjadał. Dostał skrzydeł, gdy raz w klasztornej szkole dla panien z dobrych domów piękna dziewczyna przyglądała mu się przez okienko, a potem wpadła znienacka do kuchni i dała mu całusa. Nazajutrz już tam nie pracował.

Wkrótce spotkał irańskiego lekarza, który nade wszystko cenił swobodę myśli i kpił sobie ze szwajcarskiej punktualności. Zamawiał u Polaka innowacyjne filmy instruktażowe, pokazywane studentom medycyny. Założyli Instytut Twórczych Pomysłów i pracowali nad Encyklopedią Wiedzy Wszelakiej w formie gry multimedialnej, która dotąd się nie ukazała, bo  konserwatywni Szwajcarzy nie wyłożyli na nią pieniędzy. Zdobyli kontrakt na multimedialną prezentację dla Światowej Organizacji Handlu na 100 tysięcy dolarów, tylko Irańczyk zapomniał się z nim rozliczyć.

Ale Michał od tej pory miał forsy jak lodu i jeździł po świecie na jakie tylko chciał konferencje i sympozja.  Wymarzył sobie podróż do Instytutu w Santa Fe, gdzie zetknął się z genialnym Murrayem Gell-Mannem, jego kwarkiem i jaguarem, z nauką opisywaną językiem bajki.

W drodze powrotnej przemierzając Greyhoundem Stany Zjednoczone nagle o 5 rano wysiadł z autobusu i stanął sam pośrodku pustyni. Czekał na autostradzie tak długo, aż pojawił się samochód i zabrał go do rezerwatu Indian Nawaho. Właśnie otwierali swoje muzeum. Stary Indianin pokazał Michałowi kilimy ozdobione wzorami i znakami, które dzień i noc rozszyfrowywał mu przy pomocy baśni.

I tak młody grafik odkrywał, że świat obrazu to tylko furtka do innego wymiaru – opowieści.

Ale on sam wciąż jeszcze opowiadał rysunkiem. Jego scenariusz do bajki Coco baby o spotkaniu egzotyki z zachodnią cywilizacją spodobał się na festiwalu filmów animowanych w Hiroszimie i Japończycy wyłożyli kasę na demo. Ruszył w poszukiwanie plastycznych inspiracji do zilustrowania historii.

Był akurat w Polsce, odwoził koleżankę swoim starym peugeotem 305 do miasteczka Pieniężno pod rosyjską granicą. Tam trafił do muzeum etnograficznego misjonarzy z zakonu werbistów, a stamtąd najbliższym lotem do Papui Nowej Gwinei na nocne spotkania tamtejszych bajarzy. Tak znalazł się w punkcie, który przestawił jego życie na kolejny, nowy tor. Został opowiadaczem. A że w swoim życiu wciąż napotykał muzea, wymyślił i zbudował swoje muzeum, może nawet jedyne takie na świecie: Muzeum Bajek, Baśni i Opowieści „MuBaBaO”.

*

W domku pod lasem, na obrzeżach Konstancina, gdzie mają swoje pałace wszyscy polscy milionerzy, zamieszkał z córką, z suczką Czarną o długich uszach i krótkich łapkach, z szyldkretowym kotem, którego przegania, gdy przynosi mu jeszcze żywe ptaszki, i z całą masą skarbów. Są tam słupy bajarzy z krainy Dogonów, maski rytualne, bębny (na których dziś akurat grają młodzi Grioci z Burkina Faso, zaproszeni na warszawski festiwal Skrzyżowanie Kultur), cycate rzeźby, grzechotki z tykwy, a wszystko można dotykać, głaskać, potrząsać, bo po to są. Takie to muzeum.

Goście siedzą wśród poduch na podłodze i słuchają opowieści dużego pana z włosami do ramion i krzaczastymi brwiami. Potem coś rysują, jakieś znaki i mapy.

W bibliotece na półkach stoi 5 tysięcy książek z bajkami w różnych językach i niezliczona ilość bajek niewidocznych, bo zapisanych cyfrowo, a te dopiero czekają, że któregoś dnia i one staną się eksponatami. Z pomarańczowo-niebieskich ścian wystają jeszcze kable, a część domu zasłania tablica „Teren budowy wstęp wzbroniony”.

Bo muzeum jest wciąż w budowie.

Michał bajarz jest wciąż w drodze, a jego mikrobus wypełniony po brzegi bajko-stworami o tęczowych ogonach i przepastnych paszczach oraz klockami z drewna i drewienka. Wyrzuci je z worka na posadzkę w jakimś miasteczku i będzie patrzył, jak powstają żyrafy i całe światy bajkowe, w zależności od fantazji autorów. A nad głowami maluchów jakaś babcia czy dziadek zacznie snuć opowieść, jak to u nich ze ścinków z tartaku…

*

- Halo, halooo! – wita Michał radośnie każdego, kto zadzwoni, a sam jest swoim menedżerem. Śmieje się głośno, w czasie rozmowy podpiera się pod boki i staje w szerokim rozkroku, żeby lepiej patrzeć rozmówcy w oczy ze swoich prawie dwóch metrów wysokości. Wygląda naprawdę na zadowolonego człowieka. Problemy?

- Dla mnie nie ma problemów. Zawsze skupiam się na celu – i na to też ma swoją mądrość, którą dzień wcześniej usłyszał na konferencji dla biznesmenów.  – Wyciągnij dłoń przed siebie. Spójrz na mnie.  Źle widzisz przez palce? Bo patrzysz na palce. Przestaw wzrok. Lepiej? Bo dłoń po drodze, to problem. Nie patrz na nią, tylko na cel.

Dlatego pieniądze nie są dla niego problemem, tylko środkiem do celu. I zawsze jakoś się znajdują. Świat jest pełen milionerów.

Raz zaprosił go jeden z najbogatszych Polaków. Michał pojechał do niego pod niemiecką granicę, samochód musiał zostawić za bramą, dalej przez posiadłość wiozła go do pałacu limuzyna. To był wieczór sylwestrowy, a gospodarz zaprosił dwunastu swoich kolegów z bidula. Gdy wyszli z sierocińca, nie byli grzecznymi chłopcami, ale trzymali się razem i zarabiali dużo pieniędzy nie całkiem legalnie. Handlowali na potęgę pożądanymi dobrami. Czasem któryś wpadł, nawet sam gospodarz. Ale widać nadal świetnie się bawili.

Michał uraczył ich mroczną legendą z tamtych stron, bo właśnie z niemieckich kresów wschodnich wywodził się Frankenstein. Autentyczna afera grabarzy z miasteczka Frankenstein (dziś Ząbkowice Śląskie) zainspirowała autorkę powieści o potworze, spreparowanym z ludzkich zwłok, wykradanych z cmentarzy.

I tu zdarzyło się to, co bajarz lubi najbardziej: jego słuchacze zaczęli opowiadać swoje historie… W miasteczku Szamotuły, gdzie siedzieli jako dzieci, grabarze postanowili komuś dokuczyć. Dowcipnisie wyjęli z trumny nieboszczyka i zaprowadzili do restauracji. A jak popili, to go wynieśli i postawili w bramie. Przyszła  milicja i chciała go wylegitymować. A że milczał jak grób, to go spałowali.

*

Na świecie pojawiła się moda na storytelling, a Michał Malinowski wpisał się w nowy nurt historii starej jak świat. Opowiada głównie dzieciom, ale też zapraszają go biznesmeni i filozofowie.

W warszawskiej Socrates Café zaserwował historię o Prawdzie, która chodziła od domu do domu i wszędzie zatrzaskiwano jej drzwi przed nosem, gdyż była naga. Spotkała inną damę, całą w szmatkach i piórkach, a ta zaprosiła Prawdę, by schowała się pod jej szaty. I tak dopiero Prawda mogła dotrzeć do ludzi. A ta druga to była Bajka.

Filozofowie przez cały wieczór mieli o czym mówić.

Gdzie indziej, na fali aktualności zapytano go o „obcego”. Zjechał przecież kawał świata w poszukiwaniu bajek, i to w takich miejscach, dokąd turyści się nie zapuszczają. Odpowiedział bajką.

- Z dwóch walczących armii zostało już tylko dwóch rycerzy. Zmęczeni, oparli się o miecze i postanowili się przespać przed ostatnią walką. Żeby łatwiej zasnąć, postanowili opowiedzieć jakąś bajkę. I kiedy każdy opowiedział swoją historię, spojrzeli sobie w oczy i już wiedzieli, że nie będą więcej walczyć. Bo kiedy poznasz historię człowieka, to nie podniesiesz na niego miecza.

Właściwie te jego bajki to nie są bajki, jakie chcielibyśmy słyszeć: pogodne historyjki o pluszowych misiach. Opowiadane prostym językiem, szkicowane grubą kreską dynamiczne obrazy jak w rysunkowym filmie, mają jasne przesłanie i morał. A czasem oskarżenie. Bo ten misiowaty, uśmiechnięty facet brutalnie wytyka nam, że zapomnieliśmy rozmawiać z dziećmi i mówić do siebie, patrząc w oczy. Zagapieni w ekrany, odwróceni  od siebie musimy zawrócić do początków: do dzieciństwa, do drewna, do „prymitywnej” kultury. Do słowa.

*

Na pożegnanie usłyszałam Opowiadanie Opowiadacza:

- Stanął na placu i zaczął opowiadać. Zaczęli schodzić się ludzie. Mijał dzień, nadeszła noc i następny dzień i coraz więcej ludzi się zbierało, żeby posłuchać jego opowieści. Z czasem zaczęli się rozchodzić, choć on wciąż opowiadał. W końcu został tylko jeden człowiek i pyta: „Dlaczego wciąż opowiadasz?” Opowiadacz odparł: „Na początku opowiadałem, żeby zmienić świat, teraz opowiadam, żeby świat mnie nie zmienił”.

To nie jest jasne? Nie wszystkie opowieści muszą być jasne.

Maria Wiernikowska

Eliza i Wojciech Łopacińscy

www.lopacinskichswiat.pl

Eliza i Wojciech Łopacińscy

Kto nie marzył o objechaniu świata dookoła?
Oni zrobili to z dwójką dzieci.

„Zapamiętaj dokładnie miejsce, w którym zapłaczesz”

 

ŁOPACIŃSKICH ŚWIAT

„Gówniany problem mam!” – śmieje się Lizka w słuchawkę. W domu wywaliło szambo, mąż w pracy, 600 kilometrów od Torunia, a oni muszą być rano w telewizji. Ale nie takie problemy się miało…

Przyjadą do Warszawy samochodem koleżanki. Jednak nie, wysiadł akumulator, więc złapią pekaes (na własny koszt, bo gospodarze się tłumaczyli, że są nowym kanałem). Lizka da się pomalować przed wejściem do studia, Luśka – uczesać na Frozen i we trójkę, bez taty – tata w Krynicy – przed kamerami telewizji śniadaniowej opowiedzą przez kwadrans swoją przygodę życia.

Jak tu w kwadrans opowiedzieć rok? Jak między reklamami a prognozą pogody opowiedzieć 393 dni spędzonych w 40 państwach świata na trzech kontynentach? W dodatku gdy się ma lat 11, jak Luśka, albo 13, jak Wojtek?

Spotykamy się na Polu Mokotowskim i dzieciaki nie mogą przestać mówić, co się nie zmieściło w programie. Mówią chórem na dwa głosy, bo mama im nie przerywa, nie poprawia i nie strofuje. To pierwsza ważna obserwacja.

Nie ma chyba rodzica, który by nie zastrzygł uchem na wychowawczy pomysł Łopacińskich: wyrwali na rok swoje pociechy ze szkoły, żeby zafundować im lekcję świata. W czasach, gdy inni wypruwają sobie żyły, zarabiając na prywatne szkoły, na angielski z nejtiwspikerem, na odwożenie na basen i wysyłanie na kolonie za granicą, oni zabrali się za edukację sami. Powód? Żeby spędzić z dzieciakami jak najwięcej czasu. I najbardziej intrygujące jest, co się będzie działo z takim stadkiem, które przemierza z małymi przez morza i lądy.

Tak, tak, Ameryka Południowa, Afryka, Azja… Bez rezerwacji, przewodników i biur podróży.

Nie spali w hotelach, lecz u prywatnych ludzi w systemie couchsurfing, szukając  mety w następnym miejscu tuż przed wyruszeniem z poprzedniego. Jeździli najtańszymi autobusami, pociągami i autostopem. Do samolotów wsiadali, tylko żeby przelecieć nad oceanami.

Jedli jajecznicę z krokodylem i chipsy z robaków, kobrę i smażonego skorpiona. Próbowali wszystkiego, czym ich częstowano.

www.lopacinskichswiat.pl

Nie powiedzą, ile wydali, bo jedni nie uwierzą, że tak tanio, a inni uznają ich za bogaczy. A oni na tę podróż oszczędzali kilka lat, jeżdżąc starym autem i chodząc w dziurawych butach.

Prześcigają się w opowieściach, jak w Gwatemali spali na ciasnych siedzeniach w chicken bus – szkolne autobusy z USA na południowym, biedniejszym kontynencie przystosowano dla dorosłych, upychając na podwójnych siedzeniach po trzy osoby, jak kury na grzędzie, plus na dachu ludzie i kurczaki. Albo jak w Patagonii nie mieli gdzie pójść i już rozbijali namiot na przystanku autobusowym, gdy przechodzień powiedział „Chodźcie do mnie, bo będzie burza”.

 Spod kwestii praktycznych, o które pytają ich wszyscy, bo to tematy dla polskiego turysty podstawowe, wyłania się migotliwy, soczysty, żywy obraz, który można podpisać jednym tytułem: świat jest ciekawy.

Nie mówią „świat jest piękny”. Choć dane im było z bliska podziwiać cuda natury: wieloryba, lodowiec czy wulkan od środka, oni chętniej mówią o spotkaniach.

W drodze do Biblioteki Narodowej (tani bar) uprzedzają, że są wegetarianami. Odechciało im się jeść mięsa po tym, jak tam w świecie napatrzyli się na nędzny żywot zwierzaków. Zamówią więc na obiad pierogi z jagodami, sami przyniosą talerze, sami sprzątną.

Zwierzęta się nie liczą, a i ludzie często mają pieskie życie. To jest druga interesująca obserwacja: dzieci Łopacińskich nie są skupione na sobie, lecz opowiadają o problemach, z którymi się zderzyły, analizują, co zobaczyły, porównują, często są oburzone.

Spotykali dziewczynki w ciąży.  Okazuje się, że są kraje, gdzie nowe pokolenie rodzi się co 15 lat.

W Nikaragui samochody myje się w rzece. Nikt tam nie myśli o ochronie środowiska. Wszystko się rozpada, bo ludziom jest wszystko jedno.

W Zimbabwe mężczyźni niczego nie reperują, jak ich tata.  Gdy kupią auto, jeżdżą nim tak długo, dopóki się nie zepsuje, po czym je porzucają na złom.

W domu sierot w Ugandzie zaskoczyły ich termitiery w środku sypialni i gniazdo szerszeni. Nikt z obsługi nie tknął palcem, żeby je usunąć.

Wojtek dodaje z przekonaniem, że Afrykanie biernie czekają, żeby wszystko za nich zrobili biali. Ale zaraz wyjaśnia: Afrykanów uczy się niezaradności. Gdy zambijski misjonarz wykopał w wiosce studnię, władze kazały mu ją zakopać, bo mają monopol na dostawę wody. Chłopak chętnie wszystko podaje w liczbach: rocznie Afryka dostaje tyle pieniędzy, ile Europa wydała na odbudowę po II wojnie światowej. 

- Dwa razy się zastanowię, zanim dam złotówkę na pomoc Afryce – kwituje stanowczo matka.

Mała Luśka, która zdążyła wcześniej wykrzyczeć, że na całym świecie 200 milionów dzieci pracuje fizycznie, a co sześć sekund umiera gdzieś dziecko, teraz już zmęczona leży z głową na stole. Ale nagle podrywa się z okrzykiem:

- O, rany, patrzcie! – i pokazuje na szybę. Za oknem przez ogród Biblioteki Narodowej kroczą dwie Murzynki w kolorowych zawojach. Co będzie, jeśli i do Polski zawiną masowo uciekinierzy?

- Trzeba przyjmować, pomagać, ale stawiać warunki: rok na naukę języka oraz zawodu i do pracy – powie później ich ojciec.

Kiedy wychodzimy z Biblioteki Wojtek zahacza o blaszkę, wystającą z kamiennych schodów – w różnych językach uwiecznione tytuły książek Kapuścińskiego. Akurat dynda urwany Herodot. Chłopak bez namysłu pochyla się i próbuje naprawić…

Łopacińskich bulwersuje niedbałość i bezradność. Przygnębia i dziwi pogodzenie się z nędzą. Z trudem konfrontowali się z nieskończoną ilością próśb i wyciągniętych rąk. Nieraz się dzielili posiłkiem. W końcu postanowili, że będą dawać jałmużnę raz dziennie jednej osobie – słabej, kalekiej, która sama sobie nie radzi. Nigdy dzieciom, bo pieniądze pójdą na alkohol i narkotyki dla dorosłych.

www.lopacinskichswiat.pl

Ale przecież całą swoją podróż zawdzięczają pomocy innych. Ludzie otwierali przed nimi swoje domy, biskup w Bangladeszu zafundował im bilet na pociąg do następnej stacji. Kto inny kupił im kawę albo lody, żeby choć tak uczestniczyć w ich wyprawie. Zapisywali imiona, żeby nie zapomnieć.

- Wiedziałem, że będziemy prosić. Uczyliśmy się brać, dawać i oddawać – powie ojciec, gdy spotkamy się w przydrożnym hotelu, między zebraniem zarządu firmy, która go zatrudniła, a jego powrotem do pracy. – Ja zawsze tak wyglądam! – odpowiada na moje zdziwione spojrzenie. Płowowłosy, brodaty hippis ze zdjęć z wyprawy nagle przedzierzgnął się w menedżera w ciemnym garniturze.

- Bo ja właśnie taki jestem, od lat. To jest moje życie. Na luksus bycia z dziećmi przez rok, dzień w dzień, musiałem zapracować. Ten rok był precyzyjnie zaplanowany. I powrót także. Ja nie szukałam swojego miejsca na ziemi – ono jest tu.

Nie zawsze taki był i nie zawsze tu – dziś dyrektor w dużym sieciowym hotelu, na początku, jako student na saksach odganiał gołębie sprzed restauracji w Turynie, potem stał na zmywaku, a dopiero gdy nauczył się języka – mógł obsługiwać gości. Takie strzępki historii swojego męża opowiada  Liza. Kiedyś złapał ich kryzys małżeński, więc to ona spakowała plecak  i wyjechała na dwa miesiące do Indii. Wojtek był tam już po miesiącu. Taki zachwycony wszystkim, zdumiony jak dziecko…

Kto był szefem ich wyprawy? Oczywiście mąż! Emancypacja? Po co? Kobiety mają tyle pięknych, kobiecych cech, tyle pięknych zadań…

Czy nie bała się podróży w świat z dziećmi?

- „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – cytuje Szymborską. A ją najbardziej zdumiewały własne dzieci – ich siła i odwaga.

Projekt Szkoły Świata wymyślili właśnie po to, żeby odpłacić się za otrzymywaną pomoc. W podstawówkach, ale też na uniwersytetach 28 krajów mali Łopacińscy mieli 48 prezentacji po hiszpańsku i po angielsku. Jakoś tak niepostrzeżenie Wojtek i Luśka nauczyli gadać się w obu językach. Przed prelekcją Wojtek razem z gospodarzami, u których akurat mieszkali, tłumaczył słowo po słowie swoje wystąpienie, uczył się go na pamięć i nazajutrz wygłaszał je po hiszpańsku. Opowiadali  o Polsce, pokazywali „Bolka i Lolka”, rozmawiali o marzeniach. Jak umieli, odpowiadali na pytania. Więc właściwie też pracowali. To była część planu.

Przekonali do swojego projektu kilkudziesięciu sponsorów. Od jednych dostali ubrania, od innych polskie gadżety. Dzieci miały zadania. Luśka dla polskiego producenta soków wyszukiwała egzotyczne owoce. Najlepszy był taki fioletowy, okrągły, o smaku miodu. Wysłała opis i zdjęcie, ale nazwy polskiej jeszcze nie ma.

Wojtek zbierał ciekawostki. Na przykład w Ekwadorze zauważył drewniane wózki do wożenia drewna, jak u Flinstonów: drewniane kółka, a nawet drewniany hamulec, bardzo przydatny, bo z góry rozwijały prędkość 40-50 kilometrów na godzinę.

Rozglądał się też za dziećmi z pasją. I tak w Burundi spotkał chłopaka, który chciał być perkusistą. Grał na bębnie, zrobionym z wiadra po farbie. Za pośrednictwem Wojtka polski sponsor zafunduje mu prawdziwy instrument.

Dziewczynka w Meksyku z autystycznym braciszkiem w ubogiej rodzinie dostała laptopa – pisała artykuły, jak zapobiegać przemocy w rodzinie.

Są chwile, kiedy mała Luśka włazi tacie na kolana i z szeroko otwartymi oczami uczestniczy w rozmowie o dziecięcej prostytucji, aborcji i kanibalizmie. Czy to nie zbyt drastyczne? – waham się.

- Nie, bo prawdziwe – odpiera matka o takich samych, dziecięco niebieskich oczach. – Gorzej by było, gdybyśmy im puścili horror albo kryminał. A tu zobaczyli prawdziwe okrucieństwa, zgotowane przez ludzi,  dzieci nikt tam nie oszczędzał.

Gdy byli całkiem mali, ojciec zabrał dzieciaki na nocną wyprawę na Babią Górę, żeby zobaczyły wschód słońca. A potem pojechali do Oświęcimia. Teraz w drodze trafili do muzeum ludobójstwa w Rwandzie – na ławkach szkolnych leżały wysuszone przez piach, okrutnie okaleczone ciała.

W Ugandzie spotkali dziewczynę ze słoniowatymi nogami, całymi w gnijących strupach. Nikt dotąd jej nie przytulał, a zrobiła to Liza.

Przed początkiem roku szkolnego dzieci Łopacińskich będą zdawać egzamin szkolny. Ale Luśka chce oblać, żeby przerobić czwartą klasę.

- Nie mogą mnie ominąć ułamki!

No a może w ogóle nie wracać do szkoły, tylko uczyć się w domu?

- Homeschooling? Nie ma mowy! – odpiera Wojtek. – Ja chcę się konfrontować z innymi  chłopakami.

Jego ojciec, w kwadrans rozmowy, na jaki mógł sobie pozwolić, trzymając w samochodzie kierowcę (który równo po kwadransie zadzwonił, żeby przypomnieć o dalszym kalendarzu), wyłożył mi podobną filozofię. Zafascynował go dualizm Indian, którzy przyjęli Corteza nie jako najeźdźcę, ale inny, komplementarny byt, z którym należało się skonfrontować, lecz nie niszczyć go.

Chciałby kiedyś swoje przemyślenia z tej drogi spisać, albo opowiedzieć komuś, kto pisać umie.

Esencją tej podróży dla Wojciecha Łopacińskiego jest jego spotkanie z synem. To było na szczycie Kilimandżaro. Szli tam tylko we dwóch, bo wstęp na wspinaczkę jest płatny i nie było ich stać na cztery bilety (mały Wojtek wyłożył swoje całe oszczędności z komunii). Pozornie łatwa wyprawa, bo z tragarzami, po pięciu dniach, pod ośnieżonym szczytem, doprowadziła go do kresu sił. 13-letni syn musiał mu pomóc. Kiedy dotarli razem na szczyt, objęli się i zapłakali.

www.lopacinskichswiat.pl

- Czekałem na to wiele lat. Jak byłem mały, mój tata obiecał mi, że gdy już stanę się dorosły, to napije się ze mną wódki. Skończyłem 16 lat, 18, 21… I nigdy jakoś się nie udało. A my z Wojtasem objęliśmy się za szyje na Kilimandżaro.

Mieli zawsze pieniądze na bilet powrotny, żeby w każdej chwili móc w razie potrzeby wsiąść w samolot.

Czy chcieli gdzieś zostać? Chyba nie. Bywały piękne miejsca, ale żeby zostać?... Nie.

- To nieprzyzwoite, że my tu w Europie narzekamy – mówi Eliza. – Ja kocham Polskę.

Tak po prostu. Bo Wojciech i Eliza Łopacińscy to ludzie zwyczajni. Kto nie marzył o objechaniu świata dookoła? Tyle że oni to zrobili.

Następnym razem są wszyscy pod Pałacem Kultury – teraz rodzina Łopacińskich będzie się spotykać w stolicy, kiedy tata wyrwie się z pracy na południu Polski. Zresztą zawsze lubili przyjeżdżać z Torunia na weekend do Warszawy.

 

Maria Wiernikowska

Joanna Ciszewska

fot. Kamila Panasiuk

Joanna Ciszewska

Nasza nieznana mistrzyni świata.

Kiedy się czegoś mocno pragnie, to cały wszechświat działa potajemnie na naszą korzyść.

 

AŚKA

– Czy u państwa pracuje mistrzyni świata Joanna Ciszewska?

– Tak. Jest u nas kierownikiem biura.

– A bo nie ma o niej słowa na waszej stronie. I co teraz, gdy zdobyła ten tytuł?

– Znaczy co?

– No… jak Stowarzyszenie na to zareagowało?

– Cieszymy się, pogratulowaliśmy pani Ciszewskiej… Co możemy więcej?

Prezes Polskiego Stowarzyszenia Rowerowego Jan Zasada jest biznesmenem i ma swoją logikę: jak ktoś uprawia sport niszowy, to w niszy pozostanie.

Polka Joanna Ciszewska 24 maja tego roku została mistrzynią świata w kolarstwie górskim w wyścigu 12-godzinnym i nikt o tym w Polsce nie słyszał.

– A słyszała pani kiedyś o polskim mistrzu świata w szachach?

– Nie.

– Bo nie ma!

– Ale Ciszewska jest.

– Kogo stać na to, żeby 24 godziny jeździć na rowerze? Trzeba z czegoś żyć, pracować, mieć sponsora…

Popularność sportowca jest w prosty sposób powiązana z popularnością dyscypliny, a ta wynika z ilości sprzedanego sprzętu – zawodnik pokazuje, a ludzie kupują i się bawią. A jak nie, to nie.

– Czyli nie sportowiec się liczy i jego wynik, tylko jego skarpetki?

Jan Zasada nie może się z takim zdaniem zgodzić, ale to on jest fachowcem i człowiekiem sukcesu. Polska branża rowerowa zajmuje trzecie miejsce w Europie – produkujemy milion rowerów rocznie, co dziesiąty rower na kontynencie pochodzi z Polski. Ale Ciszewska kupuje sobie rowery sama. Taki wybór.

Kiedyś była „normalnym” sportowcem. Kolarstwo uprawia od dziesięciu lat. Startowała w zawodach i maratonach, zawsze w barwach jakiejś firmy.

– Musisz być zawsze do dyspozycji, ładują w ciebie, a potem wystawiają na wyścigi, żeby wycisnąć ile się da, odzyskać swoje.

Ale pewnego dnia zobaczyła w telewizji niemieckiej (wtedy jeszcze mieszkała i startowała w Niemczech) film, który przewrócił jej życie do góry nogami.  O facecie, który nie ściga się na czas czy dystans na szosie, lecz jeździ do upadłego po wertepach przez całą dobę. Od tej pory o innym kolarstwie nie chce słyszeć.

– Nie dasz rady – powiedział jej partner. Znał jej słabość: jak się nie wyśpi, to mdleje.

– To najwyżej zemdleję na trasie.

– Zemdlałaś?

– Ani razu. W ogóle przestałam mdleć.

– Co na to lekarze?

– Już nie chodzę do lekarzy.

Od dzieciństwa (mama neurolog) faszerowano ją lekami, aż po cichu przestała je brać.

– Każdy ma jakiś defekt. Jeden ma krótszą nogę, drugi zeza. Ja po prostu czasami mdleję. Taki urok z epoki romantyzmu.

– A jak zabalujesz?

– Nie chodzę na imprezy. Mnie się o 12 chce spać.

– To co zrobisz na weselu?

– Nie będzie wesela. Ślub to rzecz intymna.

Joanna jest otwarta i gadatliwa, ale bierze wywiad do autoryzacji i skrupulatnie wykreśla wątki osobiste.

– Pornografii nie będzie.

Zamierza długo jeszcze jeździć na rowerze. Średnia wieku rowerzystek na podium kolarstwa górskiego podczas ostatnich Igrzysk Olimpijskich to 42 lata. Aśka ma 37. Artur to także jej partner rowerowy, rzadko startuje, i tylko na większych imprezach. Trenuje ją, jest także szefem jej ekipy i serwisantem.

– A jak trzeba, to i tyłek podetrze – żartuje ukochany trener. – W tej konkurencji nie zsiada się z roweru z tak błahego powodu.

W czasie tegorocznych mistrzostw MTB 12H Solo w niemieckim Weilheim pod Monachium Aśka jechała bez przerwy 11 godzin – organizatorzy skrócili jazdę o godzinę z powodu oberwania chmury i potopu na trasie.  Jej trofeum – tęczowa koszulka, która wisi w ramkach na ścianie – ma jeszcze grudki błota. Super zdjęcia z koszulką w ramce zrobiła jej na pocieszenie przyjaciółka, bo gdy Joanna Ciszewska stawała na podium, fotografów z polskiej prasy nie było.

fot. przygodairower.wordpress.com

Ramka wisi na wprost drzwi w jej kuchni/salonie/przedpokoju na warszawskim Grochowie. Pachnie tu gumą, bo rowery są wszędzie – na podłodze, na ścianach, pod sufitem. Do sypialni schodzi się piętro niżej po kaczych schodkach. Okienko suteryny wychodzi na trawnik. Wzięli kredyt, żeby wyremontować 36-metrowe gniazdko.

No i mistrzostwa kosztują: start 20 tysięcy zł, rower prawie drugie tyle – tym razem był prezent od producenta (jakiego – nie widać, bo czarny napis na czarnym tle), ale dołożyła jeszcze 6 tysięcy, żeby go wyposażyć po swojemu.

Płaci się za przygotowanie, odżywki, transport, ekipę pomocniczą, noclegi… Ale, jak już tu było powiedziane, to jest koszt niezależności.

Kolarz zawodnik, a nawet amator, musi w standardzie badać wydolność, parametry mocy, wydolność płuc, pomiar mocy w korbie…

– To zwykle przerost formy nad treścią. Cały ten cyrk napędzany jest przez marketing. Kiedy ogłosiliśmy na naszym blogu hasło „Mistrzostwa świata bez pulsometru”, ludzie robili wielkie oczy. A jak się udało, to jedni szczerze gratulowali, a w środowisku kolarskim usłyszałam: „Miałaś szczęście…”.

To „szczęście” przychodzi jednak po 15 tysiącach kilometrów rocznie przez 800 godzin treningu, w tym na „siłce”, równa się pół etatu. Ale nie chce zarabiać na reklamowaniu i testowaniu sprzętu, o którym będzie musiała napisać, że jest dobry, choćby był do bani. Na ich blogu Przygoda&Rower jest zakładka „Wartości”, a w niej:

„Jesteśmy i chcielibyśmy pozostać niezależni; dlatego komercyjna współpraca z nami jest zasadniczo niemożliwa”.

Pieniądze zarabiała jako tłumacz (zna pięć języków),  marketingowiec, asystentka zarządów… Aktualnie grzecznie pracuje w biurze Stowarzyszenia Rowerowego. Wierzy, że jest na właściwym miejscu – w branży i zgodnie z wykształceniem.

Porzuciła biuro reklamy w TVN, bo czuła, że w czasie integracyjnych wyjazdów za wcześnie chodzi spać. No i myślała, że jak praca jest do 17-tej, to można o 17-tej wyjść!

A dla niej życie, czyli pasja, zaczyna się po pracy.

Wtedy gdy porzuciła sport zawodowy, została nagle bez rowerów, bez pracy, bez pieniędzy, bez mieszkania. Tylko z koniem.

Dostała go po niemieckiej mistrzyni – sama uprawiała także jeździectwo.  Stawała do zawodów w ujeżdżaniu, z dobrymi wynikami.

– Zawsze jakoś z przodu...

Let’s go12 miał iść pod nóż, bo się znarowił. Kiedy doniósł swoją niemiecką panią na najwyższe podium, coś mu się zrobiło z głową i nikt nie umiał go opanować. Zrywał się, stawał dęba, pokrywał pianą, gryzł. Tylko Aśki zaczął słuchać, więc jak została bezrobotna, to miała jeszcze jedną gębę do wyżywienia. Jakieś 400 euro miesięcznie.

– Ale zawsze można coś sprzedać.

Sprzedała samochód. Gdy wracała do Polski, koń, już ustawiony, odszedł w dobre ręce. Ona w ręce Artura, który stał się jej partnerem rowerowym i życiowym. Właśnie wyruszają spod jego warsztatu na warszawskim Mokotowie, gdzie pracuje jako mechanik rowerowy, do Częstochowy.

fot. przygodairower.wordpress.com

250 kilometrów zrobią w jeden dzień – nigdy szosą. Joanna ma tam na górze swoje porachunki: kiedy ruszała na Mistrzostwa, chciała wygrać dla ojczyma, który ma białaczkę. Wygrała, więc jedzie do Częstochowy podziękować… A potem, już z rozpędu, skoczą do Krakowa, 150 kilometrów przez Jurę. W plecaku namiot, kurtka, śpiwór – sześć i pół kilo na głowę. Zjechali już tak wszystkie polskie góry, śmigali po Alpach i Dolomitach.

– Najfajniej jest na przełęczy, bo najbliżej Boga.  

Wrócą pociągiem. W poniedziałek trzeba być w pracy.

 

Maria Wiernikowska

fot. Maria Wiernikowska

Jan Steckiewicz

Lepszy pierożek niż zła wiadomość.

Zawsze możesz wrócić

– Parowóz, słucham…– prezes przyciska komórkę ramieniem do ucha, rzeczowo udzielając instrukcji w kwestii spawania. Drugą ręką serwuje pierożki, ugotowane na parze w bambusowym koszyku oraz pałeczki.Obok inny chłopak wychyla się z okienka, by wytłumaczyć klientowi skład nadzienia i przyjąć następne zamówienie.

Później, w przerwie, Jan z zapałem będzie tłumaczył, że między nimi zmieściłby się za ladą jeszcze jeden pracownik, który obsługiwałby kuchenkę gazową za ich plecami – dla usprawnienia pracy jeden powinien przyjąć zamówienie i pieniądze, drugi ustawić na specjalnym parniku chińskie pierożki, wyjęte z zamrażarki, trzeci wydać. Na razie robią to we dwóch – prezes i jego kumpel z ulicy – jeszcze niedawno fristajlowali na bmx-ach po wertepach mazowieckiego miasteczka. W sumie Jan zatrudnia dwóch facetów do wydawania dań oraz dwie emerytki, które w warszawskim mieszkanku w bloku lepią przez cały dzień pierożki, zaś zupę tajską – kurczak na mleku kokosowym – robi sam. W czasie jazdy zawsze trochę się rozleje, więc przed podniesieniem żaluzji trzeba szybko powycierać.

„Parowóz” to nazwa jego firmy i miejsce pracy: barowóz, zwany dziś modnie food truckiem to knajpka na kółkach, urządzona na pace półciężarówki. Stary mercedes jeździł kiedyś w Niemczech jako samochód pocztowy, później stał w Grodzisku jako tryskająca tłuszczem hamburgerownia. Teraz wypucowany, pomalowany na biało, wyposażony w urządzenia ze stali nierdzewnej przeszedł wszystkie kontrole sanepidu i jeździ po Warszawie. Gdzie? Trzeba śledzić na fejsbuku.

Dzień dobry na pierogi.
Dziś i jutro jesteśmy na Woli na skrzyżowaniu ulic Banderii i Radziwie.
W środę i piątek na Racławickiej 99.

W czwartek zaszalejemy na blokowisku...
Żeby z łatwością przejść przez życia wiraże, zjedzcie u nas pierogi na parze. Dziś Parowóz stoi na skrzyżowaniu Hożej i Emilii Plater do 19!

Buda w kolorze fuksji, obmalowana w różowe kotki odcina się od miejskiej szarości. Staje, gdzie chce i zawsze nielegalnie, bo w stolicy handel obwoźny jest zabroniony. Dwa razy zapłacił mandat (zwykle do Straży Miejskiej dzwonią wielkie sieci firmowych stołówek, dla których food trucki są groźną konkurencją). No i czeka go sprawa w sądzie – pani z konkurencyjnego kiosku złożyła doniesienie do Zarządu Terenów Publicznych. Za metr kwadratowy nielegalnie zajmowanego terenu trzeba zapłacić 60 zł, Parowóz zajmuje 22 metry, więc 60x22… dużo pierożków…

Piątek, piątunio, piąteczek.
Fort, fortunio, forteczek (?)
Jesteśmy na Mokotów, Warszawa, Poland pod Platige Image.
Wpadajcie robić #‎podkład‬ pod wieczorne plany.
Nam stuknęło #666 lajków. #‎creepy

Na Fortach Mokotów, wśród wyszczerbionych murów carskiej cytadeli, resztek radiostacji, opuszczonych betonowych garaży i loftów mogą spokojnie stanąć w porze lunchu. Za zgodą zarządcy, bo to jedyna ciepła strawa dla pracujących tu grafików, projektantów mody, filmowców, sportowców i mistrzów kucharstwa. Są też budowlańcy, ale ci przychodzą popatrzeć na egzotyczne nazwy dań, pokiwać głową, jeden nawet raz spróbował (znał takie dania z Londynu), ale więcej nie wrócił. 10 pierogów za 14 złotych (wersja wege albo z jagnięciną), plus zupa tom kha za dychę to za drogo. Woleliby mielonego.

Więc tu bez ryzyka mandatu mogą otworzyć objazdową budę, rozstawić dwa plastikowe stoliki i podłączać się do prądu, bo zamrażarki pełne pierożków ani na chwilę nie mogą przestać chłodzić. A i to tylko dwa razy w tygodniu, żeby nie wchodzić w paradę innym food truckom. W inne dni szukają szczęścia pod biurowcami warszawskiego City. - Dziś poszło 27 porcji, to wychodzę na zero – podlicza Janek na koniec roboczego dnia, ale jest zadowolony. To jest koszt produktów i pracowników (zatrudnionych legalnie). Odbije to sobie w inne dni, jak na sobotnich targach kwiatów w samym centrum na Mysiej. Młodzi (obowiązkowo!) ludzie obsiadają okoliczne murki i cierpliwie czekają na swoją kolejkę, bo na specjalnym rondlu mieści się nie więcej niż 4 porcje naraz. W taki dzień i 300 porcji się sprzeda.

aaa!! nie ma nas do czwartku. sorry Warszawo, Łódź kupiła wszystko.
został nam 1 (słownie: jeden) pieróg z wołowiną po tym weekendzie.
siedzimy. lepimy. napisałbym coś o świstaku ale to by był suchar.
ten weekend to łącznie 6 godzin snu i zapętlony refren kawałka Kokainowy baron #‎tensamochódmadwamiejsca‬#‎krzesłozikeii‬#‎pop‬#‎borixon‬#‎alibaba‬

Właśnie spawa się specjalny parownik, na który naraz wejdzie więcej porcji. Będzie zainstalowany w nowym lokalu w Grodzisku, już porządnym, stacjonarnym. Jeszcze jeden, o którym Janek mówi „okienko”, to biznes na pięciu metrach kwadratowych w centrum Warszawy, właśnie podpisał umowę. Tanio nie jest, ale będzie działał całą dobę, świątek piątek. Da pracę trzem następnym osobom.

Ogłosił, że szuka ludzi do pracy – w jeden dzień zgłosiło się 15 osób. W tym pan, który pracował dla konkurencji. Opowiada, że w tamtym lokalu od frontu widać miłą Azjatkę, która z wdziękiem lepi pierożki. Pracuje legalnie, zarabia przyzwoicie – 9 zł na godzinę. Ale gdzieś w piwnicy siedzi kilkunastu cudzoziemców, którzy wyciskają ostatnie poty na czarno i za pół darmo. Jankowi ciemnieją oczy, jak o tym mówi.

Jest szczególnie uczulony na takie zjawiska. Sam kupuje tylko używane ciuchy i długo przygląda się każdej metce. Brzydzi się i-phonem, złożonym przez małe chińskie rączki. A jednak nic nie zrobi z tą świeżo zasłyszaną historią o polskich niewolnikach.

Co miałby zrobić? Jan jest dziennikarzem. Czy może raczej był dziennikarzem…

Dobrze się do tego przygotował, bo jak już się do czegoś zabiera, to porządnie. Wybrał dziennikarstwo na UW, choć jako zwycięzca olimpiady filozoficznej dostał się na trzy inne fakultety. Ale dziennikarstwo najbardziej „brzmiało jak zawód”.

Żeby nie tracić czasu, już na pierwszym roku złapał staż w gazecie. Akurat z okazji setnego numeru przed bramą uniwersytetu rozdawali Aktivista. Pierwszy raz miał to w ręku, ale w liście do redakcji nakłamał, że dzięki nim od lat jest na bieżąco w stołecznym życiu kulturalnym. Przyjęli go od razu, choć podejrzewa, że po prostu wpadł w oko naczelnej. Fakt, o takich jak on dziewczyny mówią „ciacho”.

Pracował tam, dopóki któregoś dnia nie zasnął z nudów na klawiaturze. Ale już tam poznał pierwszą prawdę o polskich mediach: krytyczne recenzje nie wchodzą w grę, bo pismo mogłoby stracić reklamodawców. Potem trafił do publicznej telewizji.

Był czas kampanii wyborczej. Robił sondę uliczną o prezesie ważnej partii, który wystąpił w czarnym garniturze. Ktoś powiedział, że czarny jest elegancki, a ktoś inny uznał, że prezes wyglądał jak grabarz. I tę drugą wypowiedź w redakcji wycięto. Tam już nie dzwonił „czerwony telefon”, jak za PRL – programem sterowano przy pomocy sms-ów z odpowiedniej partii.

Poszedł do prywatnej lokalnej stacji. Robił to, co lubił: załatwiał małe sprawy małych ludzi. Ale mimo dużej oglądalności stację właściciele zamknęli – poszła plotka, że wszystkie reportaże obnażały słabości stołecznych władz, a nie tak miało być.

Przesunęli go do kanału informacyjnego. Znów musiał wykazać, że się nadaje, więc wysłano go na staż, gdzie przyglądał się pięknym koleżankom bez poglądów i wiedzy, szklanym redakcjom w telewizyjnej korporacji, której głównym motorem jest nie dziennikarstwo, lecz biznes.

Kiedy zaproponowano mu etat, poczuł, że musi opuścić ten cyrk. Żeby robić własny biznes, ale etyczny. Etyczność w biznesie jest cechą pożądaną, a etyczność w gastronomii – wręcz immanentną. Bo tutaj robisz dobre jedzenie ze świeżych produktów (Janek zaczyna dzień o 7 rano od zakupów u rzeźnika w Hali Mirowskiej) i klient tego właśnie od ciebie oczekuje.

Dziennikarz zaś karmi ludzi złymi informacjami, czasem oszukuje – a i tak się sprzeda. Jego koledzy poszli w marketing i do agencji reklamowych. On też chce zarabiać, ale nie na mercedesa ani porsche.

Zanim ruszył z „Parowozem”, poszedł pracować jako kelner. Wskoczył do systemu gigantycznej firmy, która obsługuje wszystkie prestiżowe bankiety w mieście. Zapisujesz się przez Internet jako fachowiec, choćbyś nigdy nie trzymał w ręku tacy, dajesz się przebrać w koszulę z muszką i stajesz do usług w najelegantszych hotelach. Kędzierzawa broda, włosy związane nad karkiem? Zapomnij! Najlepszą lekcją było to, kiedy w ostatniej chwili, między kolacją skończoną o trzeciej nad ranem a pierwszym śniadaniem, musiał wytrzeć na błysk 300 kieliszków, bo na jednym szef zauważył smugę…

Zrobił to, żeby przekonać rodziców, że da radę w gastronomii. Nie mogli przełknąć jego decyzji, wstydzili się znajomych. Syn wiceministra i lekarki miał być „reprezentacyjnym” potomkiem. Próbowali wybić mu z głowy te fanaberie, zarzucić lepszymi ofertami… Ale kiedy Janek przywlókł starego mercedesa, ojciec zakasał rękawy i zabrał się z synem za remont. Pożyczył mu też na start pieniądze, żeby uniknął kredytu w banku.

Janek przyjął pomoc, choć nie lubi świata polityki i biznesu, w którym ojciec żyje. Ale za cokolwiek stary się nie weźmie, robi dobrze i solidnie. Szacun. Etyki nie nauczył się na uniwersytecie, gdzie na zajęciach z etyki dziennikarskiej dyskusje były źle widziane. Oczy otwierał mu dopiero profesor z Minnesoty, który dawał studentom zadanie, a nigdy ostatecznej odpowiedzi. Na przykład: jesteś korespondentem wojennym. Przedostałeś się na teren wroga i nagle dowiadujesz się, że „twoi” właśnie szykują na nich atak. Uprzedzasz ich? Uciekasz, czy zostajesz z nimi?

Janek by stanął z boku i opisywał obiektywnie ich dramat. I prędzej tak zatrzymałby następną wojnę, pokazując jej okrucieństwo. On nie chce brać udziału w cudzych wojnach. Nie chce się poświęcać. A jeśli, to na własny rachunek i wymiar.

Chce fajnie żyć i dać żyć tym, z którymi coś robi. Właśnie przyjął do pracy pana, który mieszka w kawalerce z dwójką dzieci. Płaci za pracowników ZUS, ale nie złoży donosu na konkurenta, który zmusza ludzi do niewolniczej pracy. On woli dodać nową wartość niż poświęcać energię na walkę. Dlatego magister dziennikarstwa po Uniwersytecie Warszawskim, a także Master of Arts brytyjskiego Lancastera przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN woli sprzedawać pierożki.

Jedzenie pierogów rano i wieczorem uchroni każdego przed złym humorem! Wpadajcie! Karmimy i bawimy.

Marzy o tym, żeby tak ustawić biznes, żeby raz do roku wyjechać do Chin, Japonii i Korei i uczyć się tamtych smaków. Zrobić dobrze koreański grill. Nauczyć się rozbioru mięsa od podstaw. Zapisać się na studia podyplomowe na UW o kulturze kulinarnej…

Mówili jej, że jest za ostra na ten rynek. Że nie zrobi kariery. Że w Polsce jak mleko, to tylko od krowy, a nie z kokosa, a do zupy tylko pietruszka, nigdy kolendra.
Ona się nie poddała.
Oni już wiedzą, że się mylili.
Bo dziś królowa jest tylko jedna.
Nazywa się Tom Kha.

Na blacie „Parowozu” stoi złoty chiński kotek i macha łapką. Obok przycupnęła plastikowa Matka Boska, znaleziona w knajpie, którą teraz prezes remontuje. Eklektycznie, na szczęście.

Zawsze możesz wrócić? - ciśnie się pytanie. Ale Janek kręci głową.

Maria Wiernikowska